Sposób działania szwedzkiej aplikacji Karma wydaje się banalnie prosty. Jesteś właścicielem restauracji, kawiarni, sklepu spożywczego albo piekarni? Zamiast wyrzucać nadwyżkę gotowego już pożywienia, któremu za chwilę skończy się data przydatności do spożycia, opublikuj w aplikacji informację o niesprzedanej żywności, z ceną o co najmniej 50 proc. niższą niż ta w menu czy na etykiecie. Na przecenione jedzenie z pewnością znajdzie się w twoim mieście grono chętnych.

Wnosząc z tempa, w jakim szwedzka firma rozwija się w Europie – rzeczywiście znajduje się wielu. I niekoniecznie tylko tych, którzy kierują się oszczędnością. W marcu Karma pochwaliła się na Twitterze, że poprzez tę aplikację zamawia w Londynie obiady m.in. Marta Krupińska, pochodząca z Polski szefowa londyńskiego Google for Startups.

295 ton żywności

Szwedzka aplikacja zdążyła pojawić się już w ponad 150 szwedzkich miastach, we wspomnianym Londynie, a w marcu zadebiutowała w Paryżu. Pobrało ją dotąd ponad 2 tys. przedsiębiorców oraz ok. 450 tys. konsumentów. Jak podaje firma – wspólnie zdołali oni uratować już 295 ton jedzenia.

Karma - aplikacje zero waste
Gastronomia, biznes, eko- i smart city w jednym. Fot. Karma

Aplikacja ma mocne argumenty. Konsumentom oferuje dobrej jakości jedzenie w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Z drugiej strony, silne racje ekonomiczne przemawiają do restauratorów i właścicieli sklepów. Bo oni, zamiast wyrzucać i ponosić koszty utylizacji niesprzedanej żywności, mogą jeszcze rzutem na taśmę na niej zarobić. Przy okazji się promują. A gromadzone przez dłuższy czas dane o niesprzedanych produktach mogą pomóc w planowaniu biznesu i odczytywaniu zwyczajów klientów

Za samo wejście na platformę restauracje nie płacą żadnego abonamentu. Karma inkasuje jednak od przedsiębiorców prowizję od każdego zakupu. Jej wysokość firma otacza tajemnicą, twierdząc, że prowizje mogą się znacząco różnić.

Klient, po wybraniu potrawy, płaci od razu w aplikacji. Po odbiór zjawia się osobiście, z paragonem na smartfonie. Dlatego aplikacja skrzętnie wykorzystuje geolokalizację – zaczyna od pokazywania ofert z najbliżej położonych obiektów gastronomicznych w mieście.

W obecnym modelu spółka działa od jesieni 2016 roku. Latem ubiegłego roku Karmie udało się zdobyć zastrzyk kapitału w wysokości 12 mln dol. od niemieckiego funduszu e.ventures.  Według danych Crunchbase, szwedzka spółka osiąga przychody rzędu 1 mln dol. rocznie.

Zachęceni sukcesami twórcy nieustannie poszukują nowych inwestorów oraz rynków, na których mogliby się pojawić. Jak się dowiedzieliśmy, jednym z nich jest Polska.

– Jeszcze nie możemy powiedzieć, kiedy dokładnie, ale mamy nadzieję, że bardzo szybko pojawimy się w Polsce

– mówi nam Daff Kjellstroem z Karma. Nic więcej, niestety, ujawnić nie chciał.

Aplikacje zero waste, czyli nie marnuj

Takie projekty są częścią trendu zero waste, sprzeciwiającego się rozbuchanemu konsumpcjonizmowi. W dosłownym znaczeniu ten angielski zwrot oznacza „brak-marnowania” i jest próbą zminimalizowania ilości wytwarzanych odpadów. Na wiele sposobów – od rezygnacji z z plastikowych jednorazówek na rzecz toreb wielokrotnego użytku, po chociażby umieszczanie używanych ubrań w kontenerze PCK zamiast w koszu na śmieci.

Kolosalną częścią zero waste jest ograniczenie marnotrawstwa żywności. Rocznie wyrzucane są wprost horrendalne ilości jedzenia. Według wyliczeń ONZ co roku na świecie marnujemy ok. 1,3 mld ton jedzenia, co odpowiada jednej trzeciej całej światowej produkcji. W niechlubnym procederze niemały udział ma Polska – wśród krajów Unii Europejskiej nasze państwo zajmuje 5. miejsce w ilości wyrzucanych produktów żywnościowych (dane Greenpeace).

Tym, którzy choćby w minimalnym stopniu pragną zmniejszyć swój indywidualny udział w ilości wyrzucanego jedzenia, z pomocą przychodzą nowoczesne technologie. To właśnie aplikacje zero waste na urządzenia mobilne.

W miastach – za pomocą usług geolokalizacji – łączą one skutecznie konsumentów ze sprzedawcami, którzy mają nadwyżki żywności.

Foodsi od kwietnia w Warszawie

Jeśli Karma zdecyduje się pojawić w Polsce, będzie już miała lokalnego konkurenta. Od 1. kwietnia w Warszawie ma ruszyć rodzima aplikacja o nazwie Foodsi, działająca na podobnej zasadzie.

Założona przez przyjaciół ze studiów Mateusza Kowalczyka i Jakuba Fryszczyna aplikacja Foodsi umożliwia restauracjom wystawienie jedzenia, którego nikt nie zamówił w ciągu dnia, ponieważ było przygotowane „na zapas”. Użytkownicy platformy mogą zamówić daną potrawę i zakupić ją nawet o 70 proc. taniej, odbierając przygotowany na wynos posiłek tuż przed zamknięciem lokalu.

Foodsi - aplikacje zero waste
Po co marnować? To slogan Foodsi. Twórcy aplikacji zapowiadają start w kwietniu. Fot. Foodsi

Na początku Foodsi będzie dostępna wyłącznie w Warszawie i tylko w smartfonach z systemem Android. Jednak twórcy aplikacji już pracują nad wsparciem dla iOS i chcą, by ich usługa zataczała coraz szersze kręgi.

Dużo zależy od promocji

Czy Warszawa będzie dobrym rynkiem dla tego typu inicjatyw? Magda Jagielska, która zajmuje się PR-em stołecznych restauracji i ma osobiste doświadczenie jako restauratorka, uważa, że aplikacje zero waste mogą spotkać się z bardzo ciepłym przyjęciem wśród świadomych ekologicznie detalistów.

– Idea, leżąca u podstaw takich aplikacji, jest naprawdę świetna i myślę, że największą popularnością pomysł będzie cieszyć się wśród młodych osób, które są na bieżąco z nowoczesnymi technologiami

– mówi Jagielska. – Na pewno trudniej będzie przekonać tych restauratorów, którzy mają, mówiąc kolokwialnie, zabetonowane głowy i nie są otwarci na proekologiczne rozwiązania. Jednak wiele zależy od promocji pomysłu – dodaje.

Zależy też od charakteru restauracji. Zapytana przez nas burgerownia Bobby Burger, stwierdziła wprost, że nie byłaby zainteresowana, ponieważ takie rozwiązanie nie trafia w jej potrzeby. – Temat nie dotyczy naszych burgerowni. Nie mamy gotowych obiadów, które czekają na klientów i które na koniec dnia moglibyśmy przekazać np. poprzez taką aplikację – tłumaczy Ewelina Puławska z biura prasowego Bobby Burger.

Restauratorzy i sprzedawcy żywności mogą też obawiać się, że klienci będą wstrzymywać się z zakupami do momentu, aż dania i produkty zostaną przecenione. Co zabiłoby biznes. To jest, być może, najsłabszy punkt całego modelu.

Sąsiedzi się nie wymieniają

Pomysł nie jest zupełnie nowy. W mediach pojawiały się już wzmianki o podobnych inicjatywach, które jednak ostatecznie przechodziły bez większego echa. W ten sposób skończyła m.in. aplikacja YummyApp, tworzona w zeszłym roku przez studentów z AGH i mająca działać na podobnej zasadzie, co Karma oraz Foodsi.

Użytkowników nie porwała również inna polska aplikacja gastronomiczna spod znaku zero waste, czyli Taste&Share. Miała premierę podczas zeszłorocznych wakacji, a stoi za nią – co może zaskoczyć – firma Electrolux Poland, producent urządzeń kuchennych. – Mamy obowiązek przyczynienia się do rozwiązywania problemów związanych z przyrządzaniem i konsumpcją żywności – mówi Jonas Samuelson, prezes Electroluxu, cytowany na witrynie.

Taste and Share - aplikacje zero waste
Taste&Share, czyli pomysł na żywnościowe zero waste w wydaniu Elektroluxa. Niestety – ruchu prawie nie ma. Screen z witryny

Tu koncepcja jest nieco inna – polega na wymianie jedzenia między sąsiadami. Na przykład: my kupiliśmy herbatę, która nam nie smakuje, a sąsiad przyrządził za dużo sałatki, której w pojedynkę nie zje.

Sąsiedzka wymiana niespecjalnie chwyciła. Po zainstalowaniu aplikacji zorientowałam się, że w całej Warszawie były zaledwie cztery oferty odbioru niezużytego jedzenia, w innych miastach wyglądało to jeszcze gorzej. Umieszczona przeze mnie propozycja oddania dżemów domowej roboty, których dzięki swojej mamie mam nadwyżkę, przez kilka dni nie znalazła żadnego chętnego. Być może zawiodła promocja platformy.

Niekiedy firmy podejmują inicjatywy ograniczania marnotrawstwa w ramach polityki odpowiedzialności społecznej. Przy okazji zeszłorocznych świąt wielkanocnych operator carsharingowy Traficar nawiązał w Krakowie współpracę z fundacją All In. Partnerzy, pod hasłem #niemarnuje, zachęcali mieszkańców do dzielenia się jedzeniem, którego zwykle na święta kupuje się za dużo. Osoby, które traficarem dostarczały zbędne jedzenie (oryginalnie zapakowane) do foodsharingowego magazynu, mogły otrzymać 20-złotowy voucher na przejazd.

– Dużo miejsca poświęcamy edukacji w zakresie szeroko rozumianej ekonomii współdzielenia. Współpraca z organizacją foodsharingową to świetny przykład takiej aktywności – mówiła wówczas Magdalena Hibner, szefowa marketingu Traficaru.

Łagodzą objawy, zamiast leczyć problem?

Piotr Barczak z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, podkreśla, że problem trwonienia jedzenia jest obecny na całej linii dostawczo – produkcyjno – konsumenckiej. Dostępnie obecnie aplikacje zero waste, jego zdaniem, bardziej leczą objawy niż uderzają w źródło kłopotu.

– Inicjatywa stojąca za tymi aplikacjami jest szczytna, ponieważ ogranicza odpady żywnościowe w sprzedaży i dystrybucji.

Jednak nie obejmuje całości problemu, ponieważ w żadnym stopniu nie ogranicza nadprodukcji, która jest według nas główną przyczyną dużej ilości odpadów żywnościowych – mówi nam Barczak.

Jego zdaniem, w czasach nadmiernego konsumpcjonizmu sprzedawcy czują nieustanne zagrożenie – że jeśli zabraknie któregoś produktu z asortymentu, konsument wyjdzie ze sklepu i już nie wróci. Ponadto klient oczekuje wyłącznie żywności idealnie świeżej i perfekcyjnie wyglądającej. To razem napędza potrzebę wiecznej obecności artykułów żywnościowych na stanie i powoduje tak duże straty żywności. – Na to żadna aplikacja nie pomoże, tu trzeba zmienić tok myślenia społeczeństwa – mówi Barczak.

 


Czytaj też:

Bzyczące miasto. Hotele dla owadów zyskują popularność