Gdy w drugiej połowie października polskie gazety i portale obiegł news o tym, że kalifornijska firma Lime rozpoczyna we Wrocławiu wynajem hulajnóg elektrycznych na minuty, wielu ich czytelników po raz pierwszy dowiedziało się, że tego typu pojazd można traktować – całkiem serio – jako sposób komunikacji po mieście.

W mijającym sezonie letnim widywało się wprawdzie w Polsce coraz częściej hulajnogi, które mknęły cicho, z dużą szybkością i najwyraźniej nie wymagały napędzania nogą, ale nadal wydawały się głównie egzotycznym atrybutem wielkomiejskich hipsterów. Dowodziło tego także poruszenie, jakie kilka dni przed newsem o Lime wywołał szef Rady Europejskiej Donald Tusk, wrzucając do sieci filmik ze swojej przejażdżki („ekoprzejażdżki”, jak to określił) na elektrycznej hulajnodze po Paryżu.

Hulajnoga na prąd przestała być w Polsce egzotycznym atrybutem hipsterów

O ile jednak nad Wartą i Wisłą (bo tydzień później Lime pojawił się także w Warszawie) w październiku AD 2018 hulajnoga na prąd mogła jeszcze wydawać się czymś ekscentrycznym, o tyle rynek amerykański zdążył do tego czasu przeżyć burzliwą – zarówno uliczną, jak i biznesową – historię nagłego boomu tych pojazdów i zderzyć się z problemami, które ów boom wywołał. Obecnie amerykańskie (i już także zachodnioeuropejskie) miasta szukają sposobów opanowania sytuacji. Czytaj: znalezienia rozwiązań komunikacyjnych, prawnych i biznesowych, które jak najlepiej wpasowałyby elektryczną hulajnogę w ekosystem miejskiej komunikacji.

W Polsce mamy na to jeszcze trochę czasu, bo pora jesienno-zimowa hulajnogom u nas nie sprzyja. Ale można z dużą pewnością obstawiać, że te same wyzwania, z którymi zetknęli się Amerykanie, czekają Polskę już wiosną lub latem następnego roku. A są one niemałe.

Jednorożec w kilkanaście miesięcy

Elektryczna hulajnoga to bynajmniej nie rekreacyjna zabawka. W tym dość niepozornym pojeździe skupia się kilka trendów, które już wkrótce będą miały – a właściwie mają już dziś – ogromny wpływ na funkcjonowanie miast. Czyli na życie kilku miliardów ludzi.

Garnitur, sukienka czy jakikolwiek strój biurowy, a nawet… wysoki obcas – w przypadku hulajnogi sposób ubrania użytkownika nie jest żadnym problemem. Fot. Bird

Po pierwsze, jest ona przejawem rozwoju zjawiska określanego mianem mikromobilności. Chodzi tu przede wszystkim o różnego rodzaju tradycyjne i alternatywne pojazdy, napędzane elektrycznie lub siłą mięśni, stanowiące w miastach rozwiązanie tzw. problemu ostatniej mili. Inaczej mówiąc – pojazdy, które mogą być wykorzystane do szybkiego i wygodnego pokonania dystansu od przystanku komunikacji miejskiej (np. stacji metra) do miejsca pracy, mieszkania, kina etc. I z powrotem.

Dystans ten z reguły jest niewielki, ale wystarczająco duży, by zniechęcać do przemierzania go pieszo. Sprawa jest więc prosta: im lepsze rozwiązanie problemu ostatniej mili, tym więcej osób wybierze komunikację publiczną zamiast samochodu – i tym większa szansa zmniejszenia korków, od których dławią się dziś metropolie.

Najbardziej znanym przykładem pojazdu który miał zrewolucjonizować transport i zminimalizować problem ostatniej mili jest Segway. On tych nadziei nie spełnił. Ale hulajnoga na prąd sprawdza się o wiele lepiej.

Jazda na niej jest intuicyjna, nie wymaga wysiłku i pocenia się, a co więcej – można z niej wygodnie korzystać np. w garniturze, sukience czy dowolnym stroju biurowym. Waga (ok. 12 kg) i gabaryty pozwalają pojazd łatwo zabrać do tramwaju lub metra, wejść z nim do kawiarni bądź biura (odpada potrzeba szukania stojaka i przypinania przed lokalem). To ogromne zalety dla osób dojeżdżających do pracy.

Elektryczna hulajnoga to być może najlepsze, jak dotąd, rozwiązanie
tzw. problemu ostatniej mili. Zarazem jednak – nowe problemy

Dobrej jakości hulajnoga elektryczna jest dość droga – od ok. 2 tys. zł do kilkukrotności tej kwoty. Nie jest to jednak cena zaporowa. Zresztą w sukurs przychodzą inne współczesne trendy – sharing economy, czyli gospodarka współdzielenia oraz koncepcja nazywana z angielskiego mobility as a service, zakładająca traktowanie środka lokomocji jako usługi, a nie przedmiotu posiadania.

Efekt: model wypożyczania elektrycznych hulajnóg na minuty, za pomocą smartfona i aplikacji, wprost z ulicy (czyli w tzw. systemie free float) – i pozostawianie ich gdziekolwiek, gdy już użytkownik dojedzie do celu. W Polsce w taki sposób działają firmy carsharingowe oraz niektóre systemy rowerowe, np. warszawski startup Acro Bike.

W przypadku rowerów system taki nazywany bywa modelem chińskim – bo największe firmy wypożyczające w ten sposób jednoślady rozwinęły się w Państwie Środka. Ale w sharingu elektrycznych hulajnóg liderami są Amerykanie. Dwie największe światowe marki tego biznesu to Bird i wspomniana Lime. Ta druga została założona niecałe dwa lata temu, w styczniu 2017. Pierwsza jest jeszcze młodsza.

Inwestorzy błyskawicznie uwierzyli w nowy model. „Limonka” pozyskała w kilku rundach inwestycyjnych zastrzyk kapitału o wartości 467 mln dolarów. Oprócz wielu znanych funduszy VC (w tym gronie m.in. Andreessen Horowitz czy Fidelity Management) w kaliformijski startup zainwestował Alphabet (czyli spółka matka holdingu Google’a) oraz Uber, którego przedstawiać nie trzeba.

Rekordzistą jest jednak Bird, założony we wrześniu 2017 r. przez eksmenedżera Ubera Travisa VanderZandena. Firma z Santa Monica w Kalifornii w ciągu zaledwie kilku miesięcy(!) – najszybciej w w historii amerykańskiego biznesu – dorobiła się statusu tzw. jednorożca, czyli startupu wartego więcej niż 1 mld dolarów. Tak wyceniły spółkę pod koniec maja fundusze pompujące w nią swój kapitał (w tym kolejny gracz z ekstraklasy VC – Sequoia Capital). Łącznie Bird pozyskał 415 mln dolarów (dane z bazy TechCrunch).

Wbrew przepisom? Tym gorzej dla nich

Oba startupy postawiły na na błyskawiczną ekspansję – i u siebie (gdzie obecne są już w ponad 100 lokalizacjach), i poza Ameryką. Hulajnogi Lime jeżdżą już m.in. w Niemczech (Berlin i Frankfurt), Hiszpanii (Madryt), we Francji (Paryż, Bordeaux i Lion), Szwajcarii (Bazylea i Zurych), a także Lizbonie, Pradze czy Wiedniu. Są także w Kanadzie i Nowej Zelandii. Na początku października firma pochwaliła się na blogu, że jej aplikacja znalazła się we Francji na pierwszym miejscu najczęściej ściąganych w kategorii „Travel” – wyprzedziła odpowiednio Booking.com, aplikację francuskich kolei SNCF oraz Ubera.

Po jezdni czy po chodniku? Obowiązkowo w kasku czy niekoniecznie? To tylko przykłady z długiej listy wątpliwości, które wkrótce trzeba będzie rozstrzygnąć. Fot Lime

W kilku europejskich miastach Lime konkuruje już ze swoim amerykańskim rywalem – Bird jest obecny m.in. w Wiedniu, Zurychu, Paryżu, Brukseli, a także Tel Awiwie. Ale wyliczanie miast nie ma większego sensu, bo bardzo szybko ich przybywa, więc listy stają się nieaktualne.

Wchodząc na nowy teren Bird bądź Lime z reguły umieszczają tam po kilkaset pojazdów. Taryfy są zawsze proste. W Polsce wynajęcie hulajnogi Lime kosztuje 2 zł na start i 50 gr za każdą minutę użytkowania. W USA zarówno Lime, jak i Bird inkasują 1 dol. za odblokowanie plus 15 centów za minutę jazdy.

Z informacji podawanych przez spółki wynika, że mniej więcej pod koniec lata każda z nich przebiła poziom 10 mln wypożyczeń. Prezes Bird mówił niedawno o 2 mln zarejestrowanych użytkowników. Akurat te dane same w sobie na kolana nie rzucają – dla porównania: warszawskie Veturilo w sezonie 2017 zanotowało 5 mln wypożyczeń, przekraczając 600 tys. zarejestrowanych użytkowników. Wrażenie robią jednak w zestawieniu z faktem, jak niedawno ta usługa się pojawiła.

Pierwsza hulajnoga Lime, jaką autor tego tekstu napotkał w Warszawie w dniu uruchomienia usługi. Stała na Powiślu – na samym środku (pustego o tej porze) chodnika. Fot. ZD

Gwałtowny rozwój wywołał jednak wiele problemów, pokazując jak bardzo miasta są nieprzygotowane na absorpcję alternatywnych pojazdów w dużej skali. Hulajnoga rozpędza się do ok 25 km na godzinę – zbyt szybko, by bezpiecznie jechać chodnikiem nie stresując pieszych, w dodatku porusza się cicho, co zwiększa niebezpieczeństwo kolizji. Z kolei jazda na jezdni bywa groźna dla użytkownika hulajnogi – tylko we wrześniu w USA odnotowano dwa śmiertelne potrącenia przez auta.

Drugi problem to parkowanie hulajnóg (taki sam występuje zresztą w przypadku rowerów bezstacyjnych) – pozostawiane byle gdzie powodują w miastach bałagan, tarasują chodniki i przejścia, co w Stanach zdążyło spowodować narastającą irytację. Do tego doszła erupcja wandalizmu.

W Polsce wynajęcie hulajnogi Lime kosztuje
2 zł na start
i 50 gr za każdą
minutę użytkowania.

Dość powiedzieć że kilka miesięcy temu San Francisco (gdzie działała jeszcze trzecia duża firma – Spin) najpierw zupełnie zablokowało sharing elektrycznych hulajnóg, a potem wprowadziło kontrolowany pilotaż. Dopuszczono do niego tylko dwóch mniejszych graczy, firmy Scoot i Skip, licząc na ich większe zdyscyplinowanie.

Wszędzie gdzie pojawiają się w dużej liczbie te pojazdy, ujawniają się te same pytania i dylematy. Gdzie wolno na nich jeździć, a gdzie nie? Czy użytkownik powinien mieć obowiązek noszenia kasku? Czy musi mieć prawo jazdy? Jak wyeliminować porzucanie hulajnóg i zagracanie miasta? Czy na działalność firm sharingowych należy nałożyć limity, np. co do liczby operatorów lub liczby udostępnianych pojazdów? Czy wprowadzić jakieś ograniczenia prędkości dotyczące elektrycznej hulajnogi? Co z ubezpieczeniem kierującego? Itp itd.

Czas na UTO

Różne miasta na świecie różnie próbują radzić sobie z wolnoamerykanką, wiele z tych decyzji przekracza zresztą kompetencje władz miejskich. W Polsce trzeba zacząć od ustalenia czym właściwie elektryczna hulajnoga jest, ponieważ obecnie z punktu widzenia przepisów ruchu drogowego albo w ogóle nie istnieje, albo jest… pieszym. Zależnie od interpretacji (czyli np. od widzimisię policji).

To kluczowe dla rozstrzygnięcia wątpliwości gdzie wolno nią jeździć – po jezdni, po chodniku, czy może po drodze dla rowerów (ta ostatnia najczęściej staje się intuicyjnym wyborem użytkownika, ale obecnie na pewno niezgodnym z przepisami). W internecie można znaleźć nawet takie wypowiedzi policji, z których wynika, że zgodnie z prawem tego typu „urządzeniem” można jeździć jedynie po własnym ogródku, ewentualnie parku – w przeciwnym razie ryzykuje się mandat nawet do 500 zł:

– Od dwóch lat rząd rozważa nowelizację Prawa o ruchu drogowym i wprowadzenie pojęcia tzw. UTO czyli Urządzenia Transportu Osobistego – mówi warszawski prawnik Adam Baworowski, specjalizujący się m.in. w prawie nowych technologii. – Obejmowałoby ono m.in. hulajnogi czy deskorolki, także elektryczne. Ich szybko rosnąca popularność powoduje, że sprawę trzeba uregulować, żeby było jasne gdzie i jak wolno z nich korzystać w przestrzeni publicznej  – mówi mec. Baworowski.

W lutym rząd postanowił wstrzymać się ze zmianami i propozycje dotyczące UTO na razie wycofano. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło. Wygląda na to, że czas do tematu szybko wrócić – zanim tysiące UTO wyjadą wiosną na ulice polskich miast.

Tekst w nieznacznie zmodyfikowanej wersji został opublikowany także w listopadowym numerze magazynu „Businessman.pl”.